|
wtorek, 26 września 2006
Nowy tydzień, nowe sprawy, przeprowadzki, gry, zabawy...
Już niedługo przeprowadzamy się do nowego, tym razem juz w pełni naszego wspólnego mieszkanka. Oczywiście piętrzą się problemy, ale mam nadzieję, że wszystko jakoś wypali... Trzeba dużo zrobić, pomalować ściany, generalnie całe mieszkanie nadaje się do kapitalnego remontu, ale powolutku będziemy to robić i musi nam to wyjść!!! Najlepsze w tym wszytskim to to, że jest ogromne! Ma 52 m2, wypada, że na jednego z nas przypada po 26 m2. Bardzo ładny rozstaw, duża kuchnia i okna na dwie strony... Zawsze chciałem mieszkać w mieszkanku, gdzie okna wychodzą na dwie strony i jak widać się spełniło... Trzymajcie kciuki, teraz za bardzo nie będę pisał, bo jeszcze netu nie mamy w domq, dopiero musielibyśmy się rozejrzeć czy jest jakiś dostawca poza naszą telekompromitacją... Pozdrawiam serdecznie i uciekam z netu, żeby wziąć się za sprzątanie w naszym mieszkaniu. Niestey do wszytskich znajomych będziemy mieli daleko, ale z drugiej strony jak ktoś będzie w Manufakturze, to już będzie miał do nas rzut beretem, no może dwoma, ale GORĄCO zapraszam na oblewanie naszego mieszkankam (nie mylić z parapetówą, bo takowa odbędzie się dopiero po remocie) Pa pa całuski 102.
poniedziałek, 19 czerwca 2006
Wrócę prędzej niż myślicie...
Tylko muszę coś z tym zdjęciem zrobić, co zawsze było pod kalendarzem, a teraz jakoś się obsunęło... Swoją drogą, to nie myślałem, że w chwili w której zapomnę w ogóle o blogu, blog przypomni mi sam o sobie, w ciągu ostatnich 24 h otrzymałem do moich starych wpisów aż 29 komentów. Dziękuję za nie, no i mogę obiecać, że postaram się częściej pisać... A teraz będę walczył z tym zdjęciem!
czwartek, 09 marca 2006
Refleksje nieuczesane...
Dość długo nie pisałem... Ale wynika to z tego, że bardzo, bardzo intensywnie spotykam się ze znajomymi. Ostatnio zginął na tafli chodnika jeden chłopak, nie żeby był mi bliski, raczej nie, ale to uświadomiło mi, jak krucha i cienka jest ta linia... Między tym światem a tamtym. To sprowokowało mnie do kolejnego wyjęcia mojej kartki, wg której kiedyś starałem się żyć, myślę że wg tych wytycznych żyję nadal... Tekst jest bardzo naturalistyczny i ostateczny, ale jakże prawdziwy. I po co nam ta cudowna bielizna, której nigdy nie założyliśmy, po co ten flakon najdroższych perfum, skoro i tak jest tylko kolejnym meblem na półce w łazience... Oto treść mojej kartki, którą często czytam, żeby nabrać dystansu do życia. Tajemnica szczęścia Mój przyjaciel otworzył szufladę w komodzie swojej żony i wyjął z niej mały pakiecik owinięty w bibułkę. "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."
sobota, 04 marca 2006
Taaa... Brokeback Mountain.
Na miłość Boską... Ten film nie jest o nieszczęśliwej gejowskiej miłości... Czy tego nikt nie zauważa??
czwartek, 02 marca 2006
Gwoli wyjaśnienia, Brokeback Mountain c.d.
Oki napiszę coś więcej o filmie, ale na pewno nie podam wszytskiego jak na tacy... O nie, nie... Bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić, że oskarowe szaleńswto wokół filmu, czyli oiem nominacji, to efekt "gejowskiej koniunktury", dlaczego? A z prostej przyczyny, jest on za mądry jak na Hollywood, Akademię itp. W zgiełku tych wszytskich inwektyw, oskarowych fanfar i ideologicznego zacietrzewienia łatwo przeoczyć, że Ang Lee zrobił film mądry i poruszający. Ale myślę, że żadne Oskary, żadne banalizujęce film hasła, mody, czy reklamy nie popsują go... Jego bardzo dobrze przemyślanej fabule na 100 % nie zaszkodzą. Właściwie to radziłbym go obejrzeć dopiero za jakiś czas (za kilka miesięcy? kilka lat? kilka stuleci?), gdy różni tacy przestaną się pienić, a Polska nabierze rozumu. Ale zdaję sobie sprawę, że możemy nigdy nie doczekać tego dnia, cóż więc - cieszmy się chwilą i filmem, póki jeszcze nie jest za późno. „Tajemnica Brokeback Mountain" to klasyczny melodramat, opowiadający o miłości niemożliwej, budującej swój romantyczny mit i silniejszej od śmierci. Scenerią gwałtownych narodzin tego uczucia są tytułowe góry Brokeback - surowy i zarazem idylliczny krajobraz, do którego Ennis i Jack nigdy nie powrócą, przechowując go w pamięci jak wspomnienie raju utraconego. Jednak zawsze, na przestrzeni 20 lat, spotykać się będą w podobnych „okolicznościach przyrody" - obojętnie przyjaznych, milczących, pozbawionych władzy sądzenia. Tę idyllę, to silne uczucie, skazi dopiero spojrzenie człowieka (w pierwszej części bohaterowie będą obserwowani przez ich pracodawcę) - uprzedzone i piętnujące. Bo film Anga Lee tym się różni od wymuskanych, konwencjonalnych melodramatów w stylu „Titanica", że wpisuje wzniosłą miłość w bardzo konkretny kontekst społeczny, w realia amerykańskiej prowincji, gdzie role, także płciowe, zostały rozdane, koleje życia wyznaczone, a każde odstępstwo od normy bywa karane śmiercią (powracający motyw homofobicznych linczów). To właśnie te realia są przeznaczeniem, z którym - fizycznie jakże mocni - bohaterowie, a zwłaszcza Ennis, nie mają odwagi ani siły walczyć. Lee bardzo przemyślnie rozpoczyna „love story" od aktu seksualnego. Jakby chciał od razu dać filisterskiej publiczności okazję do szoku czy pisków oburzenia. Skandal już był, możemy iść dalej. A potem konsekwentnie pokazuje, że to, co poczęło się jako zew ciała, nie ustaje wraz z doraźnym rozładowaniem napięcia erotycznego. Uczucie do drugiego mężczyzny przerasta, wręcz rozsadza bohaterów. Nie potrafią go zracjonalizować, znaleźć chociażby język do zwerbalizowania tego, co czują i z czym się borykają. Nie potrafią, bo są prostymi chłopakami od robót fizycznych. Pisanie w streszczeniach filmu o „kowbojach-gejach" jest mylące, słowo „gej" zakłada, bowiem samoświadomość, poczucie własnej tożsamości. Tutaj mamy miłość, która nie śmie, a przede wszystkim nie umie „wypowiedzieć swego imienia". W jednej z najbardziej przejmujących scen (pierwsze rozstanie Ennisa i Jacka) rewelacyjny Heath Ledger tłucze w ścianę i wyje jak ranne zwierzę. Tylko w ten sposób może wyrazić swój ból, swoją złość. Jack jakby wie więcej, chce więcej, snuje plany, podsuwa pomysły. On z kolei nie wyrósł z naiwności, żywiołowych odruchów zakochanego nastolatka, który byłby gotów rzucić wszystko i uciec ze swoim ukochanym w świat. Uciec, ale dokąd? Do Teksasu? Wspaniałe w tym filmie - tak jak i w wielu innych filmach Anga Lee - jest jego spojrzenie pełne współczucia dla wszystkich świadomych i mimowolnych bohaterów i bohaterek tego dramatu. Kontemplacja nad powikłanymi ludzkimi losami - bez osądzania, bez piętnowania - wspierana przez delikatną gitarową muzykę Gustava Santaolalli (żadnej epickiej bombastyczności!). Gdzieś w tle kołacze się przecież pytanie: gdyby związek Ennisa i Jacka miał szansę zaistnieć jawnie, to czy nie stałby się czymś równie banalnym i rozczarowującym jak ich małżeństwa? Odpowiedzi nigdy nie poznamy. I może jeszcze warto wyjaśnić jedną kwestię - co ten kowbojski romans ma wspólnego z nami? Otóż, bardzo wiele. Dziki Zachód łudząco bowiem przypomina polską prowincję, zarówno w swej tandetnej estetyce, jak i atmosferze nietolerancji i ściśniętej mentalności. Śmiem twierdzić, że „grzeszne" myśli, zakazane uczucia (niekoniecznie homoseksualne), doświadczenia, „o których się nie mówi", bo nawet myśleć o nich nie wypada, nie są obce zdecydowanej większości Polaków. Dzięki temu „Tajemnica Brokeback Mountain" jest także naszą tajemnicą. A to tak na koniec, gwoli dostarczenia kolejnej porcji dokumentów, fakcików, dupereli... Tajemnica Brokeback Mountain
środa, 01 marca 2006
Tajemnica Brokeback Mountain - ostateczne mistrzostwo świata!!!
Na początku było słowo. A ścisłej opowiadanie Annie Proulx (autorki nagrodzonej Pulitzerem za „Kroniki portowe"), opublikowane w październiku 1997 w „New Yorkerze", Wpadło ono w ręce scenarzystki Diany Ssany, która przeczytała je wieczorem w łóżku i... zmoczyła poduszkę łzami. Następnego dnia zabrała się za nie ponownie, by sprawdzić, czy zadziała z tą samą mocą. Efekt był jeszcze silniejszy. Ossana zadzwoniła do Larry'ego McMurtry'ego, z którym razem napisali wcześniej kilka scenariuszy, i nakłoniła go do przeczytania „Tajemnicy Brokeback Mountain". McMurtry to legenda amerykańskiej kultury. Pisarz, autor m.in. „Czułych słówek", laureat Pulitzera za powieść „Na południe od Brazos", nominowany do Oscara za adaptację własnej książki „Ostatni seans filmowy". Tak skutecznie unika rozgłosu, że swego czasu pojawiło się kilku oszustów którzy podawali się za McMurtry'ego, by zaistnieć w mediach „Gdy skończyłem »Tajemnicę Brokeback Mountain« - wspomina pisarz - moją myślą było: szkoda, że nie ja to napisałem".
Ossana i McMurtry kupili za własne pieniądze prawa do adaptacji opowiadania i w trzy miesiące uwinęli się ze scenariuszem. Po czym zaczęła się droga przez mękę. Scenariusz rozsyłany do kolejnych wytwórni wszędzie budził zarówno wielkie uznanie, jak i obawy. Chęć wyreżyserowania „Tajemnicy Brokeback Mountain" wyrażali tak różni reżyserzy jak Gus van Sant oraz Joel Schumacher, jednak żadne hollywoodzkie studio nie miało odwagi sfinansować tej historii miłości dwóch kowbojów, która zaczyna początku lat 60. XX wieku i trwa blisko dwie dekady. Tematyka gejowska długo była w kinie niemile widziana, nie tylko z powodów obyczajowych, ale także merkantylnych. Brytyjski miesięcznik „Sight and Sound" przypomina casus „Śmiertelnej pułapki", thrillera Sidneya Lumeta z 1982 roku. Producent filmu utrzymywał, że pocałunek Michaela Caine'a z Christopherem Reevesem pozbawił go 10 milionów dolarów wpływów. Jednak czasy się zmieniają i dziś postacie, aluzje oraz wątki homoseksualne są wręcz pożądane, nawet w wysokobudżetowych produkcjach. Problem w tym, że „Tajemnica Brokeback Mountain" nie tylko czyni z gejowskiej love story główny temat filmu, nie tylko pokazuje to uczucie bez pruderii, niedomówień i ściemniania ekranu w momentach strategicznych, lecz przede wszystkim narusza rozmaite tabu amerykańskiej kultury. Męskie więzi, homospołeczne relacje ukształtowały mitologię Dzikiego Zachodu. Widać to właściwie w każdym westernie. Fabuła najczęściej osnuta jest tam wokół mocnej przyjaźni lub równie mocnej rywalizacji kowbojów. Kobieta pełni rolę rekwizytu (dziwka z saloonu, wierna żona na ranchu), ewentualnie przedmiotu wymiany pomiędzy męskimi bohaterami (patrz choćby „Butch Cassidy i Sundance Kid"). Western jednak nigdy dotąd - przynajmniej w wersji „mainstreamowej"- nie przekroczył cienkiej linii dzielącej to, co społecznie afirmowane, od tego, co zakazane. Przeciwnie - im kontekst homospoieczny jest w nim silniejszy, tym ściślej musi być kamuflowany przez homofobię. W pochodzącym jeszcze z czasów kina niemego westernie „Wanderer of the West" (1927) występuje ciota, której towarzyszy komentarz: „Clarence the Clerk to wybryk natury w kraju, gdzie mężczyźni są mężczyznami". „Tajemnica Brokeback Mountain" pokazuje obie strony - i homoerotyczną, i homofobiczną - Dzikiego Zachodu. W październiku 1998 roku, tam, gdzie toczy się akcja opowiadania - w stanie Wy-oming - zamordowano 22-letniego studenta Matthew Shepherda. Była to najgłośniejsza ze „zbrodni nienawiści" popełnionych na osobach o orientacji homoseksualnej. W 2002 roku Moises Kaufman poświęcił temu wydarzeniu film „The Laramie Project". Powstał on w niezależnej wytwórni Good Machine, której jednym z szefów był James Schamus, pisarz i producent, także zainteresowany scenariuszem „Tajemnicy Brokeback Mountain". Do jego realizacji udało się doprowadzić dopiero, kiedy Schamus przeniósł się do hollywoodzkiego Universalu, gdzie został jednym z prezesów „arthouse'owego" studia Focus Features. Schamus podsunął „Tajemnicę Brokeback Mountain" Angowi Lee po zakończeniu wspólnej pracy nad „Przyczajonym tygrysem, ukrytym smokiem" (2000). Pochodzący z Tajwanu reżyser zachwycił się i opowiadaniem, i scenariuszem, ale też nie bardzo wierzył, że ktoś zechce dać pieniądze na fabułę tego typu. Zamiast niej obaj panowie zrealizowali więc „Hulka" (2003). Zniechęcony chłodnym przyjęciem adaptacji komiksu Lee postanowił na jakiś czas wycofać się z branży. Ale gdy scenariusz „Tajemnicy Brokeback Mountain" ujrzał wreszcie zielone światło, bez namysłu podjął się reżyserii, bo - jak mówi - „ta historia nie mogła mu wyjść z głowy". Poza tym realizacja prostej, epickiej opowieści pozbawionej efektów specjalnych była dla niego prawdziwym wytchnieniem po poprzednich widowiskach. Lee uważa zresztą „Tajemnicę Brokeback Mountain" bardziej za historię miłosną niż za western. Śmieje się nawet, że nakręcił już pre-western („Przejażdżka z diabłem", 1999), a teraz przyszło mu zrobić post-western. Nie jest to także jego pierwsze spotkanie z tematyką homoseksualną. Gejowska para była bohaterem „Przyjęcia weselnego" (1993), filmu, który przyniósł mu światowy rozgłos. Lee - sam żonaty, ojciec dwójki dzieci - swobodnie opowiada dziennikarzowi „Sight and Sound" o homoseksualnych aspektach swoich filmów: „»Przejażdżka z diabłem« jest bardzo homo i nic na to nie można poradzić. W czasie wojny secesyjnej ci wszyscy mężczyźni spali razem jak łyżeczki w szufladzie. Walka Hulka z ojcem również jest bardzo homo". Na pytanie, dlaczego tak łatwo utożsamić mu się z gejowskimi bohaterami, wyznaje: „Pewnie dlatego, że sam czuję się outsiderem". Do głównych ról w filmie typowani byli m.in. Billy Crudup, Colin Farrell oraz Josh Hartnett. Ostatecznie rolę mrukliwego Ennisa Del Mara zagrał Australijczyk Heath Ledger. „Według mnie - mówi aktor - Ennis toczy walkę ze swoim rodzinnym dziedzictwem. Mierzy się z przekonaniami, które wpoił mu ojciec i ojciec ojca. Czuje niechęć do homoseksualistów, choć sam kocha się w drugim mężczyźnie. Nie akceptuje samego siebie. Potrzebuje, żeby ktoś skopał mu tyłek". Ledger stał się znany dzięki roli syna Mela Gibsona w „Patriocie" (2000). Potem występował m.in. w „Monster's Ball: Czekając na wyrok" (2001) i „Obłędnym rycerzu" (2001), ciągle jednak brakowało w jego filmografii tytułu, który uczyniłby z niego gwiazdę. Ubiegły rok okazał się dla Ledgera przełomowy, aktor pojawił się w głównych rolach aż w trzech filmach znanych reżyserów - oprócz „Brokeback..." również w „Nieustraszonych braciach Grimm" Terry'ego Gilliama i „Casanovie" Lasse Hallstroema. Żonę Ennisa, Almę, zagrała Michelle Williams (trzy lata temu oglądaliśmy ją w „Dróżniku"), w której Ledger zakochał się ze wzajemnością podczas prób do „Tajemnicy...". Ponoć, gdy kręcono zbliżenie twarzy Williams w scenie, w której jej bohaterka przypadkiem widzi, jak Ennis całuje się z innym mężczyzną, aktorka poprosiła Ledgera i Gyllenhaala, by faktycznie zaczęli się całować. I długo narzekała, że robią to za mało intensywnie. Aż wreszcie pojawił się na jej twarzy odpowiedni wyraz zszokowania. Wcześniej niż Ledger do obsady trafił Jake Gyllenhaal, który wcielił się w drugiego z kochanków, Jacka Twista. „W książce ten facet jest nawet bardziej szorstki i zwalisty niż Ennis - mówi Lee. - Jake natomiast to typ miejskiego chłopca. Pomyślałem, że w filmie dobrze będzie uczynić z Jacka romantyka i ustawić go jako kontrapunkt dla bohatera granego przez Heatha". Gyllenhaal nie miał żadnych obiekcji przed występem w tego typu filmie, choćby dlatego, że gejami są jego ojcowie chrzestni i część krewnych. Ze spokojem odpowiada też na pytania o sceny erotyczne z Ledgerem, podkreślając, że to nigdy nie jest łatwe do zagrania, niezależnie od płci partnera. Sporo zresztą o tych scenach rozmawiano w czasie prób, analizując je raczej od strony psychologicznej niż technicznej. Według Anga Lee najważniejsze, żeby widzowie uwierzyli w chemię, która wytworzyła się między bohaterami. Więcej plotek niż akty seksualne wywołał fragment, w którym Ennis i Jack skaczą nago z wysokiej skały do rzeki. Ponieważ Lee zdecydował, że w filmie nie będzie frontalnej nagości, także tę scenę oglądamy z oddalenia. Ale paparazzi sfotografowali gołego Ledgera i teraz jego zdjęcia krążą po Internecie. Np. na stronie: http://skinindex.com/archives/2005/11/heath_ledger_cl.php, albo www.queerclick.com/archive/2005/11/heath_ledger_nu.html, jak również http://www.fleshbot.com/sex/gay/heath-ledger-naked-017683.php Gyllenhaala zastąpił dubler. Podobno nie dlatego, że aktor nie chciał wystąpić nago - po prostu nie mógł przełamać lęku przed skokiem z takiej wysokości. Film miał niski budżet: 14 milionów dolarów. Zdjęcia kręcono głównie w stanie Alberta w Kanadzie, nie tylko ze względu na koszty, ale także z powodu atmosfery, zdecydowanie bardziej kowbojskej, a zarazem „gay friendly" niż w Teksasie czy Wyoming. Przy wielu scenach pomocą służyli członkowie Gay Rodeo Association. Uczyli na przykład Jake'a Gyllenhaala, jak jeździć na byku. Po raz pierwszy „Tajemnica Brokeback Mountain" została pokazana we wrześniu ubiegłego roku na festiwalu w Wenecji, gdzie film otrzymał główną nagrodę. W Stanach Zjednoczonych trafił na ekrany 9 grudnia. Początkowo był wyświetlany zaledwie w pięciu kinach i... osiągnął zawrotną średnią wpływów z jednej kopii - ponad 100 tysięcy dolarów. Po dwóch tygodniach przedarł się do pierwszej dziesiątki amerykańskiego box office'u (choć grany był w zaledwie 69 kinach; przeważnie nawet tysiąc nie wystarcza, by znaleźć się w Top Ten), po miesiącu dystrybucji zwrócił się budżet filmu. W międzyczasie obraz zgarnął kolejne nagrody od stowarzyszeń krytyków i cztery Złote Globy. Najważniejsze jednak, że zbiera przychylne opinie i to wcale nie tylko od kobiet oraz publiczności gejowskiej. Nawet wrodzy mu krytycy z rozmaitych stowarzyszeń chrześcijańskich, dystansując się od zawartości dzieła, przyznają, że pod względem artystycznym stoi ono na wysokim poziomie. Jaką moc oddziaływania może mieć „Brokeback Mountain", niech świadczy jeden z wpisów na forum internetowym: „Ten film zniszczył moje małżeństwo!". Wygląda na to, że bariera została przełamana i historie homoseksualne coraz śmielej będą wkraczać do hollywoodzkiego kina. Oczywiście, otwarta pozostaje jeszcze kwestia, jak „Tajemnica..." zostanie przyjęta w naszym, ze wszech miar specyficznym, kraju. Ale to już nie jest zmartwienie twórców filmu. Powolutku będę nadrabiał zaległości
Obiecuję, teraz napiszę coś o filmie, który mnie przejął, dogłębnie i ostatecznie... Z resztą przeczytajcie sami.
niedziela, 26 lutego 2006
Ot taka niedziela...
Artura nie ma a ja ćwiczę swoje techniki zapamiętywania i muszę powiedzieć, że nawet mi to wychodzi... Oczywiście wszytskie testy również wypróbuję na niczego się nie spodziewającym Gryzelcu Małym... Hi hi hi... Mam nowe okularki, ale Wam narazie nie pokażę zdjęcia, bo nasz kotek cały czas okupuje aparat cyfrowy, cały czas przy nim leży, bo do aparatu jest przyczepiony sznureczek, który bardzo frapuje kota i dlatego tam gdzie jest aparat, tam automatycznie jest kot... Napiszę po obiedzie może coś więcej skoro obiad się już zrobił. Jak narazie dobrej niedzieli, a wróce do komputera trochę później.
czwartek, 23 lutego 2006
Skończyłem książkę...
Trochę mi smutno, że już koniec tej książki... Teraz będę się uczył nowych technik szybkiego czytania i błyskawicznego przyswajania nowych materiałów. Mam wszytskie pomoce już gotowe, teraz tylko poznawanie nowych technik i oczywiście ich ćwiczenie. Dobrej nocy i miłego końca tygodnia... Już za chwilę będzie piątek.
środa, 22 lutego 2006
A czytam...
Odpowiadając na dużą ilość wiadomości od Was z zapytaniem co teraz czytam. "Córkę dyrektora cyrku" Josteina Gaardera. Niesamowita książka... Z tego co już zdążyłem się dowiedzieć Córka dyrektora cyrku to historia o Petterze, dziwnym dziecku, które własne towarzystwo i wymyślone przez siebie historie przedkłada nad przyjaciół. Pomysły mnożą się również w głowie dorosłego Pettera. Nie jest on jednak w stanie znieść myśli o opublikowaniu ich pod własnym nazwiskiem. Nienawidzi szumu wokół własnej osoby. Dlatego też tworzy firmę Pogotowie Autorskie, zaopatrującą w fabuły i intrygi pozbawionych natchnienia pisarzy. Petter odnosi wielki sukces, który z czasem zmienia się w śmiertelną pułapkę. Wielowarstwowa, śmiała i wciągająca książka. Świetnie skomponowana satyra na ludzką pogoń za sławą i odwieczną próżność. |